|
|
Dosdedos nr 43 (2002)
MENTOR SKATEBOARDING SESSION II (C.D.)
Na dzień lub dwa przed wyjazdem redakcyjna temperatura znacznie się podniosła.
W rozmowach co rusz pojawiały się wyjazdowe wątki i wątpliwości: „noclegi”, „ciekawe jaki będzie skatepark?”, „chłopaki już podobno tam siedzą...” itp. W końcu w piątkowy ranek, albo też wczesne popołudnie, lekko podekscytowana ekipa DsDs wyruszyła do Torunia.
Wprawdzie wyjazd ze stolicy nastręczył nam pewnych trudności, ale były to raczej drobne problemy organizacyjne niż akcja w stylu „zagubiłem się w mieście”. Ostatecznie po rozsupłaniu wszystkich komplikacji wyjechaliśmy na drogę do Torunia. Była 15:00, piątek, pierwszy dzień MSS, a w toruńskiej hali „Tor-Toru” najprawdopodobniej trwała już rozgrzewka. Ale dzięki szarży, której towarzyszył pisk opon, wściekły ryk silnika, oraz przerażenie pasażerów, prawie teleportowało nas na miejsce. Jednak czego się nie robi
w imię obowiązków służbowych, czyli dla Was, drodzy Czytelnicy? Poza tym chcieliśmy stracić jak najmniej z rozgrzewki.
Jak już dobiliśmy na miejsce, okazało się, że w najwłaściwszym momencie, bo rozgrzewka nabierała tempa. Katowali Anglicy z Lee Blackwellem na czele, który z quateru na bank skleił frontside flipa z grabem na wysokości jakichś dwóch metrów. Byli też Szwedzi – Oscar Oglecki i Enrico Petralia dawali niewiarygodny pokaz skuteczności. I w końcu była także masa mniej lub bardziej znanych ziomków, choć sporo rodzimych zawodników miało się pokazać dopiero następnego dnia. Tym bardziej, że do półfinału automatycznie kwalifikowała się pierwsza dziesiątka z zeszłego roku. Dlatego piątek upływał rzeczywiście pod znakiem rozgrzewki – brakowało jeszcze kilka twarzy do kompletu pt. „śmietanka polskiego skateboardingu”, a publika też była jakby lekko przerzedzona. Nie zabrakło jednak kilku rodzimych nazwisk większego formatu. I tak, pod koniec piątkowej sesji pojawili się np. Kotrych i Szymański.
Mimo iż chodziła plotka, że Gutek ma kontuzję kolana i nie wystartuje, to radził sobie całkiem nieźle. Pewny bs lipslide, tailblunt slide albo bs tailslide transfer, czy w końcu flip bs boardslide pokazały, że żadna kontuzja mu nie straszna. Za to Koti nie grzeszył skutecznością. Ale to nie miało większego znaczenia, bo było widać, że jak wszyscy dobrze się bawi. Zresztą nie może to dziwić, bo naprawdę było się gdzie bawić. Wprawdzie figury te same co w tamtym roku, ale nic nie można im zarzucić. A do dyspozycji wszystko, co człowiek wymarzył: banki, grand boxy, wybitki, szyny, rurki, quatery, poręcze i funboxy. Wszystko idealnie zaprojektowane i wykonane pod deskę – naprawdę nic tylko jeździć!!! Szkoda tylko, że do 19:30. Bo właśnie około tej godziny zgasili światła, a na przeszkody weszli faceci z ochrony, po to, by ostatecznie nas wypierdolić. Akurat w momencie kiedy leciały coraz lepsze triki, a do zabawy przyłączyło się coraz więcej osób. Tak, wtedy właśnie przez mikrofon ogłosili, że jeździmy do 19:15. A że to był czas, kiedy wszyscy byli najbardziej rozgrzani, więc zrozumiałe, że nie chcieli sobie odpuścić. Dlatego też koło wpół do ósmej wypierdolili nas prawie siłą.
Cóż, zwijamy się również i my. Nie mamy jeszcze kimania, więc umawiamy się z chłopakami z Gliwic – z Adamczykiem, Jaworskim, Kosmosem i resztą. Mała przerwa na pizze, a potem jesteśmy u chłopaków. Apartament mają całkiem niezły. Akurat oglądają to, co Kosmos nagrał w skateparku. W takim razie zapodajemy sobie powtórkę z najlepszych trików – ujęcie na taką średnią szynę, która biegnie wzdłuż flatu fun boxu i schodzi łagodnie wzdłuż wybitki: jedzie taki młodziutki Czech, wjeżdza na flat, odbija się i...
...bs flip bs lipslide; naprawdę konkret! Oglądamy dalej, ale powoli zaczyna nas to coraz mniej obchodzić, bo nadchodzi wieczór i wszyscy są coraz weselsi i weselsi. W końcu odpowiednio rozweseleni wychodzimy na miasto.
Zaraz po wejściu na starówkę co rusz natykamy się na same znajome twarze z całej Polski – ot, krajowa deskorolka w pigułce: jest Łódź, jest oczywiście stolica, są Katowice, są lokale, jest Poznań, po prostu wszyscy. W każdym razie na pewno więcej, niż mogłoby się wydawać w skateparku.
[...] – tutaj następuje mała przerwa w życiorysach wszystkich uczestników imprezy, która w telewizji byłaby wyciszona długim „piiii”.
W sobotni poranek wielu z zawodników wyglądało, jakby w nocy zaliczyli bliskie spotkanie trzeciego stopnia z wyżymaczką. Ale mimo to w trakcie rozgrzewki łoili całkiem dobrze. I tak Kuba Bączkowski płynnie i stylowo katował noollie fs noseslide i noollie crooked. Z kolei prawie nie znany, szesnastoletni Łukasz Kondraczyk z Grudziądza zwracał na siebie uwagę stylową i pewną jazdą [więcej na jego temat – patrz „New hype” – red.] Natomiast Błażej Lewandowski, jak przystało na poręczyciela, atakował największą poręcz fiftakiem. Jednak podobnie jak poprzedniego dnia rozgrzewka należała riderów z zagranicy: Szwedzi nadal zadziwiali skutecznością, Anglicy hardcore’ową ortodoksją, a Czesi wręcz szokowali połączeniem techniki, stylu i pewności.
Koło południa przyszedł czas na przejazdy eliminacyjne. Fakt, że południe po nocnym melanżu bywa raczej jak wczesny poranek, spowodował, że kilku zawodników odpuściło sobie pierwszą rundę eliminacyjną. W tym Eryk Gaj, który najprawdopodobniej jeszcze spał, kiedy czytali jego nazwisko. Ale wobec tego, że na liście startowej znajdowało się blisko 120 nazwisk, zrozumiałe jest, że przejazdy musiały zacząć się tak wcześnie. Tym bardziej, że każdy miał po dwa ,minutowe „biegi”.
Pierwsza runda eliminacyjna mijała pod znakiem nieśmiałości i tremy. A w dodatku na samym początku pojawiły się obawy, że wystartuje co najwyżej połowa zawodników, bo oprócz tego że część zaspała, byli też tacy którzy po prostu wymiękli albo zwyczajnie nie mieli ochoty na rywalizację: wyglądało na to, że startuje co drugi. Ale wkońcu Michał Krawczyk, który pełnił rolę spikera, przekonał większość niezdecydowanych i zestresowanych, że to tylko skateboarding, że to tylko zabawa. A ludzie zaczęli podchodzić do sprawy bardziej na luzie. Jednak naprawdę dało się to odczuć dopiero w trakcie drugiej tury przejazdów, kiedy to wszyscy byli już bardziej wyluzowani i jeździli jakby pewniej. I tak w efekcie wystartowało nieco ponad dziewięćdziesięciu zawodników, których oceniało pięciu sędziów. Tomek Frant, Michał Grzywacz, Michał Łukasiewicz, Mark Munson i Tomek Mielcarek mieli zadecydować o tym kto przeechodzi dalej. Na podstawie dwóch minutowych przejazdów miała przejść najwyżej notowana trzydziestka.
A triki?
Niewątpliwie poleciało kilka fajnych. Anglik Dring Barry zrobił kickflipa z fly’a przez kontener na śmieci. Nie zaskoczyli Czesi i Szwedzi, bo nie mieli czym zaskakiwać – wszystko, co mieli do pokazania, pokazali dzień wcześniej, a dzięki temu na początku bezdyskusyjnie wiedli prym, niepozorny Ales Bubla zrobił flipa bs lipslide i 36 flipa przez piramidę na przejeździe,
a wszystko z takim luzem, jakby to było pierdnięcie, a jego kolega Thomas Vintr był nie gorszy, robiąc fs flip transfer, z kolei Oglecki i Petralia perfekcyjne odtwarzali swoje lajny
z rozgrzewki. . Jeśli chodzi o rodzimych riderów, to na pewno zabłysnął Łukasz Kondraczyk, który jako jeden z niewielu miał prawie czysty przejazd zakończony stylowym kickflipem przez fun box; tego nie spodziewał się chyba nikt. Całkiem dobrze pojechał też Jaworski w drugim przejeździe. Z dobrej strony pokazał się również Tomek Dworzak, któremu siadł niezły backside przez gap. Ogólnie rzecz biorąc, było co oglądać, a i atmosfera też wydawała się nieco gorętsza niż dnia poprzedniego: trochę więcej ludzi na trybunach, głośniejsze oklaski, no i przede wszystkim kilku zawodników więcej. A wieczór zapowiadał się jeszcze ciekawiej, choć skatepark znowu zamknięto około wpół do ósmej, co ponownie wywołało lekką dezaprobatę. Bo co w takim wypadku robić?
Chyba tylko zacząć rozkręcać kolejny wieczorny melanż?
Zaczęliśmy znowu u chłopaków ze Śląska. Akurat przygotowywali się do wieczornego występu Tedego w Art. Cafe, gdzie zresztą bawilismy dnia poprzedniego. W takim razie chyba zrozumiałe jest, że zaczęliśmy się przygotowywać razem z nimi – krótko mówiąc: powtórka z rozrywki. Tego wieczoru jednak dosyć szybko opuszczamy kwaterkę i uderzamy na toruńską starówkę.
I jak poprzedniego dnia znów co rusz spotykamy znajome twarze, co chwila ktoś biegnie do monopolu. Ostatecznie dobijamy do Art. Cafe dużo później, bo wcześniej przez dłuższy czas grzaliśmy jedną z ławek na deptaku. Okazuje się, że w środku nie ma już miejsca, a że klub jest niewielki, większość ludzi kontempluje wieczór na zewnątrz. Siłą rzeczy przyłączamy się do towarzystwa. Wprawdzie sielankowa atmosfera imprezki, została pod koniec zakłócona bitką z lokalnymi drechami, ale obrażenia poszkodowanych okazały się niezbyt groźne, a reszta ludzi ma co najwyżej ból głowy. Tak też klimacik był dalej pozytywny.
Dzień drugi, niedziela, od początku zapowiadała się dużo lepiej niż dzień eliminacji. Od momentu otwarcia skateparku temperatura stopniowo się podnosiła: lecą co raz lepsze triki, publika się zagęszcza i reaguje coraz bardziej entuzjastycznie. Wszystko wskazuje na to, że będzie naprawdę gorąco.
Znowu wymiatają faworyci z zagranicy. Ale polscy riderzy nie pozostają gorsi. Eryk Gaj robi bluntslide’a i bs tailslide na największym grind boxie na skateparku, a Cymbalski kickflip crooked i bs smith; generalnie jest co oglądać. Koło czternastej zaczęły się przejazdy półfinałowe. Czterdziestu zawodników na starcie, z czego dziesięciu to pierwsza dziesiątka z zeszłego roku. Należeli do niej m.in. Szymański, Jakubowski, Lewandowski czy Kotrych. Każdy z zawodników miał do dyspozycji dwa minutowe biegi. A na ich podstawie mieli zostać wyłonieni finaliści.
Kto się zakwalifikował do rundy finałowej?
Cóż, wielu ludziom powinęła się noga w półfinałach i koniec końców w ostatniej rundzie znaleźli się Szymański, Jakubowski, Kojło, Lewandowski, Szwedzi – Oglecki, Oscar i Petralia, Czesi – Bubla Ales i Thomas Vintr oraz dwóch Anglików: Dring Barry i Carl Willson.
Koło osiemnastej zaczynają się finały. Tym razem przejazdy mają półtorej minuty. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że riderzy są już mocno zmęczeni. Było to widać zwłaszcza po faworytach takich jak Oglecki, czy Bubla. Ten ostatni zresztą podziękował, kiedy Helena proponował mu „last trick”. Poza tym było to chyba niepotrzebne wobec lajny, w którym koleś zrobił soczysty bs flip transfer to fakie, potem switch heel na banku, a w końcu flip bs lipslide, a całość doprawił trzyszóstką przez piramidę i wszystko to na kompletnym, totalnym luzie. Chociaż w dalszej części przejazdu złapał kondycyjną niewyróbkę i już słabiej kontrolował deskę, to mimo wszystko jego przejazd wydawał się mistrzowski pod względem techniki, stylu i trudności trików. Lepszym jednak miał się okazać kto inny – Enrico Petralia. Wprawdzie pojechał czysto, szybko i też stylowo oraz zrobił ze dwa razy więcej trików od Alesa Bubli, to nie umywały się pod względem trudności, technicznej wirtuozerii i luzu. Raczej nie ulega wątpliwości, że zwycięstwo Enrico było bezsprzeczne, z tym że nie był to nokaut z klasą, a bezpieczna rozgrywka na punkty.
Ale po kolei.
Generalnie jeśli chodzi o finały to nie najlepiej wypadli Polacy. Lewandowski zrobił zajebiste 5-0 na poręczy na swoim przejeździe, ale to był chyba najlepszy trik, jaki zaprezentowali rodzimi riderzy – Gutek zrobił parę swoich grindów i slide’ów choć ogólnie mu nie siadało;
A Benjamin Kojło pokazał zaledwie 36 flipa i fs boardslide. Niespodziewanie słabo wypadł też Oscar, co wydawało się spowodowane także zmęczeniem. Z kolei Carl Willson z Angli, choć przejazd miał przeciętny, to zagiął wszystkich, kiedy stylowo i wysoko zrobił kickflip indy to fakie na sporym quaterze; to był najlepszy kick-flip indy, jaki widziałem na żywo – druga próba „last trick”, jedzie, słychać doping z wypełnionych trybun, najeżdża, odbija się, deska kręci się , łapie ją nad kopingiem, jakby na moment zawisa z deską w ręku, zanim ją sklei do końca i już zjeżdża, a halę wypełniona entuzjastycznie owacja. Natomiast kolega Willsona
z teamu Dring Barry, wypadł też raczej średnio.
W końcu po drugiej serii przejazdów finałowych, która upływała w stosunkowo gorącej atmosferze, ponieważ trybuny była prawie całe wypełnione, a publika żywo reagowała za poczynania riderów, nadszedł czas na chwilę przerwy i podliczenie punktów. Czas ten miał wypełnić „best trick”. Do zgarnięcia było trzysta Euro, więc całkiem niemały pieniądz. Tak też co poniektórzy żywo zaczęli atakować duży stromy grind box i fun box. Ale kiedy wyznaczone dwadzieścia minut dobiegło końca, najwięcej zainteresowania budziły poczynania Enrico Petralia i Lee Blackwella. Ten pierwszy atakował fun box z gapem w środku, próbując zrobić hard flip 180. Z kolei Blackwell na początku złoił benihanę przez gap między dwoma quaterami, a potem podszedł do sprawy bezkompromisowo: próbuje zrobić gigantyczne ollie z quateru, tak żeby przelecieć na jego półką, która ma kilka dobrych metrów i wylądować na dole. Jego karkołomnym próbom towarzyszy gorący aplauz. Wchodzi na quater, z którego się rozpędza. Porpawia swoją czapkę w stylu „na kierowcę ciężarówki”, a publiczność zaczyna skandować rytmicznie niby na piłkarskim meczu – „Blackwell! Blackwell! Blackwell!”. Ustawia stopę, chwila koncentracji, napięcie rośnie, „Blackwell!!! Blackwell!!!” – ciągle słychać. Zjeżdża. Pędzi niczym szalony, na płaskim pomiędzy figurami dodaje jeszcze tempa nogą. Podjeżdża, leci i.....
....prawie.
I tak kilka razy, z których kilka wyglądało nie najlepiej, tj. nie najbezpieczniej. W końcu dał sobie spokój. Chociaż i tak wygrał, bo Enrico wprawdzie skleił swojego hardflipa 180, ale podparł się rękoma. A Blackwell oprócz benihany zrobił jeszcze frontside melanch z quateru na bank, tak że chyba te trzy setki mu się należały. Przynajmniej za samo podjęcie się tak karkołomnego wyczynu, jakim było to olbrzymie ollie.
To właśnie Blackwell jako pierwszy dostał gigantyczną butlę szampana i kopertę. A zaraz potem przyszła kolei na zwycięzców biegów finałowych. I tak na trzecim miejscu uplasował się Czech Ales Bubla, choć wiele osób miało wrażenie, że jest to werdykt nie do końca sprawiedliwy. Jednak kiedy zobaczyłem, gdy Ales otwiera kopertę to widziałem, że kompletnie mu wali, które zajął miejsce – cieszył się jak dziecko. A to chyba przede wszystkim dzięki organizatorom, którzy zadbali o to, żeby pula nagród wyniosła kilka drobnych tysięcy euro. Do tego dochodziły jeszcze nagrody rzeczowe ufundowane przez firmy takie jak: Dickies, Bottle, Adio, Malita, Eastpak, Globe, Vision, Vans, a przede wszystkim Mentor – firmę, która była odpowiedzialna za organizację całej imprezy.
Chwilę, po ogłoszeniu wyników siedzieliśmy już w samochodzie i opuszczaliśmy Toruń. A miny mieliśmy przy tym jakieś nieswoje – ni to smutne, ni zmęczone. I może po części te uczucia towarzyszyły naszemu wyjazdowi: żal, że skończyła się naprawdę zajebista impreza i zmęczenie nieustającym melanżem, które w drodze powrotnej uśpiło nas jak dzieci. I choć nie pamiętamy, co się nam śniło to być może był to przyszłoroczny Mentor Skate Session, na którym będzie jeszcze więcej ludzi, większy skatepark, więcej nagród, krótko mówiąc – lepsza impreza, impreza porównywalna do praskiego Mystic Cup, które przecież z lokalnego kontestu w Czechach stało się jedną z najważniejszych imprez europejskiego, czy też światowego skateboardingu. W takim razie pozostaje tylko mieć nadzieję i trzymać kciuki za następną edycję MSS.
Txt: bmb
Foto: Zielaq
|